I Love 1D

piątek, 31 stycznia 2014

"Everytime I try to fly I fall" Louis ♥

      Biegnę przez most pełny zakochanych par. Wszyscy kierują swój wzrok na mnie. Czuję się taka... mała, otępiała. Nie chcę nawet spojrzeć w niebo pełne pięknych gwiazd. Bez ciebie staję się nikim, duszą bez przyszłości, za to z ogromną, chcącą wbić do przyszłości, przeszłością. I udaje jej się to. Niszczy wszystko, bo lubi wszystko psuć...
      Staję przed słupkiem, zabezpieczającym przed spadnięciem do wody i patrzę jak moje łzy, wraz ze zmazanym makijażem wpadają do wody. Czuję czyjąś rękę na swoim ramieniu, lecz nie patrząc na jej właściciela strącam ją. Odwracam się do niego twarzą i widzę jego... patrzę w te niebieskie oczy, przepełnione żalem, bólem, wściekłością. Ja patrzę na niego wzrokiem pełnym odrazy, żalu i tak samo jak on bólem, wściekłością. Pobiegłam w inną stronę, on ruszył za mną, krzycząc moje imię.
      

Everytime I try
To fly I fall
Without my wings
I feel so small
I guess I need you, baby
And everytime I see
You in my dreams
To see your face
It’s haunting me
I guess I need you, baby


      W tej chwili przypomniały mi się wszystkie wspomnienia związane z nim. Nasze wspólne śpiewanie, granie na instrumentach. Ja na pianinie, on na gitarze. Wymyślaliśmy piosenki, które później były przez nas śpiewanie. Nie ujawnialiśmy tego nikomu, nie nagrywaliśmy. Miało to zostać tylko w naszych myślach. Bo wszyscy mówili, że i tak się rozstaniemy, bo jesteśmy za młodzi. I choć my obiecaliśmy sobie, że przetrwamy wieczność, to... obietnica została niedotrzymana.
   
    Moje włosy lekko podrygiwały na niezbyt silnym wietrze. Biegłam przed siebie. Znajdowałam się w miejscu, w którym jeszcze nigdy nie byłam. W Doncaster mieszkam od urodzenia, a tego miejsca nigdy jeszcze nie widziałam. Dziwne... Ustałam, by obejrzeć się, czy Louis cały czas mnie goni. Nie. Nie było go za mną, przede mną, i po obu stronach mnie. Odpuścił, choć to dziwne, bo przecież Louis nigdy nie odpuszczał. Dostał się do X Factora, wyszedł z niego z czteroma chłopakami. Zdobył trzecie miejsce. A ja? Kochałam śpiewać, umiałam grać na trzech instrumentach (po za podstawowymi, takimi jak flet, cymbałki itd., to na pianinie, skrzypcach i gitarze), ale nie chciałam, nie potrafiłam spełniać marzeń. Do teraz nie potrafię. Nie jestem znana, Louis mnie ukrywa, ukrywał nasz związek. Teraz już pewnie wszyscy o nas wiedzą, bo jak debile ganiamy po całym mieście za sobą. Raczej... ja biegam, a on zaginął w akcji.
    "Czemu ona biegnie?", "Jest jakaś szurnięta?", "Może ucieka przed problemami?", te pytania na pewno zadają sobie ludzie, których omijałam po drodze. Ale jedno pytanie jest prawie trafne. "Może ucieka przed problemami?", tak, to ono. Tylko zamiast "problemami" powinno być "problemem", a problemem jest Louis. Teraz padnie pytanie:"Dlaczego?". Zignoruję je.

At night I pray
That soon your face
Will fade away
    Ponownie przystałam, by spojrzeć gdzie jestem. Obejrzałam się i wywnioskowałam, że chyba przekroczyłam Doncaster. Znajdowałam się w jakimś dziwnym miejscu... Pustka. Nikogo, ani niczego w pobliżu. W sumie... to dobrze, muszę trochę odetchnąć, bo już mi "nogi wysiadały".
    Usiadłam "po turecku" i wzięłam głęboki oddech. Słońce już dawno zaszło, a ja siedziałam na środku jakiegoś pola. Yhh... to nic dziwnego, że w szkole moi rówieśnicy przezywali mnie od:"dziwaczek", "debilek", "wariatek" itd. Wiem, byłam dziwna. Dlatego cieszyłam się gdy poznałam Lou. Taki sam wariat jak ja. Dopełnialiśmy się wzajemnie. Ale... niestety wszystko co dobre zawsze ma swój kres. A to wszystko przez tę popularność... ale... przecież Louis tego chciał, no nie? Chciał te miliony fanek, pieniądze, popularność. Może nie spodziewał się, że zostanie obdarzony tonom tego, ale... chciał zasmakować życia. I dokonał swego. Na moje niestety, na jego "stety". Wstałam, ale po chwili pożałowałam tego. Nogi bolały mnie okropnie... Usiadłam z powrotem, ale spróbowałam wyprostować nogi. I chociaż jedno w życiu mi się udało. Wyprostowałam nogi! Wow... cóż za dokonanie. Przynajmniej widać, że potrafię cieszyć się z małych rzeczy. W sumie... to także nie jest prawdą...
     Nie chcę się znowu poddawać! Nawet we wstawaniu z ziemi nie jestem dobra?! Zebrałam w sobie wszystkie siły i wstałam, chwiejąc się trochę przy tym, ale nie załamując się. Chociaż dziś nie mam zamiaru się poddać.
    Ruszyłam przed siebie. Szłam dość długo, by zobaczyć skrawek drogi dla samochodów. Zaczęłam biec w jej stronę. Może będzie akurat coś jechało? Oby, bo nie znam drogi do domu. Gdy byłam już trochę bliżej drogi, zobaczyłam zatrzymujący się samochód. Jeszcze bardziej pędziłam w jego stronę, ale z gracją. By kierowca się mnie nie przestraszył i nie odjechał. Z auta wysiadł wysoki mężczyzna, niezbyt opalony, ale też nie za "biały", ubrany jak zwyczajny nastolatek... W sumie chłopak miał z... 22 lata? Coś w tym stylu. Pomachał do mnie otwartą dłonią i się uśmiechnął. Gestem dłoni poprosił mnie abym podeszła. Bez sprzeciwu podbiegłam do niego. Po co bać się tak miło wyglądającego chłopaka? Nawet można powiedzieć, że był przystojny i bardzo w moim guście. Gdy znajdowałam się już u jego boku, złapał mnie za plecy i wszedł ze mną do środka. Usiadł na miejscu kierowcy. Nie odzywał się przez dłuższą chwilę, więc chciałam jakoś przerwać ciszę.
- Yhm.. Gdzie jechałeś? - odchrząknęłam i spojrzałam w stronę przedniej szyby. Siedziałam z tyłu.
- W sumie... Przed siebie. - odpowiedział niewzruszony moim pytaniem.
- A gdzie MY jedziemy? - zaakcentowałam słowo "my" i zrobiłam speszoną minę.
- A gdzie chcesz? - zapytał odwracając się do mnie.
- Może... Jedź gdzie chcesz. - uśmiechnęłam się. Szalona [T.I] wkroczyła do akcji. Zapowiada się niezła zabawa.
- Serio? - zapytał unosząc brwi do góry.
- Jak najbardziej. - na moją twarz wkradł się zadziorny uśmieszek. Wyjrzałam przez okno. I niech się dzieje co chce.
- Jak masz na imię? - zapytał.
- [T.I].
- Ja jestem Joe, podałbym ci rękę, ale sama wiesz... - zaśmiał się odwracając głowę w moją stronę.
- No tak. Dlatego ja tylko poklapię cię po ramieniu. - zrobiłam to co powiedziałam i zaczęliśmy długą rozmowę. Rozmawialiśmy ze sobą bardzo długo.
- Masz chłopaka? - zapytał, po czym dodał:
- Nie żebym chciał wiesz... ale. Masz? - zapytał ponownie, kierując samochód w jakiś las.
- Tak. Raczej nie! - wyparłam się, przypominając sobie dzisiejszy dzień i sławę Louis'a.
- To tak czy nie? - zapytał, parkując samochodem.
- Nie... - pokręciłam głową, wysiadając za Joe z samochodu.
- A miałaś? - yh.. co odpowiedzieć? Oparłam się o drzewo i spojrzałam na czubki swoich brudnych od bieganiny trampek.
- [T.I]... żyjesz? - podszedł do mnie i uniósł mój podbródek, przyczyniając do spojrzenia na niego.
- Nie, nie miałam. - odpowiedziałam lekko przyciszonym głosem.
- Na pewno? Bo wyglądasz na jakąś przygaszoną... - przekręcił głowę i odszedł ode mnie kawałek.
- Na pewno! - krzyknęłam, odchodząc od niego i opierając się tym razem o pojazd.
- Nie krzycz! - wykrzyczał, potrząsając mną.
- Sam krzyczysz, więc ja też będę! - zbliżyłam swoją głowę do jego głowy.
- Ja mogę! Ty nie! Jesteś ode mnie młodsza, dziewczynko! - krzyknął i spojrzał na mnie, popychając mnie na swój samochód i przypierając mnie do niego swoim ciałem. Nasze twarze dzieliły jedynie milimetry. Złapałam go za tyłek, tylko po to by wyciągnąć klucze z tylnej kieszeni spodni. On najwidoczniej uznał to za podryw, bo zrobił to samo. Odepchnęłam go z udawanym pożądaniem, na co on uśmiechnął się zadziornie. Ja pokazałam mu środkowy palec. I wsiadłam do samochodu.


    Dałam gazu i ruszyłam. On pobiegł za mną. Na jego niestety, nie dogonił mnie. Co on myślał, że zrobię TO z nim w środku lasu? Hahahah, zabawny jest... Jechałam przez las. Mam nadzieję, że Joe odpuścił ganianie za swoim samochodem. W oddali zobaczyłam jakąś osobę. Joe? Co on, tak szybko to nikt się chyba nie porusza, co? Zwolniłam trochę i jechałam w stronę tej osoby. Gdy znajdowałam się już blisko, zauważyłam, że jest to dziewczyna. Ustałam samochodem obok niej. Wysiadłam z niego i podeszłam do drobnej i wyższej ode mnie blondynki.
- Hej, co tu... Victoria?! - zapytałam widząc moją przyjaciółkę. Uśmiechnęłam się.
- [T.I]? - zapytała niepewnym głosem.
- Tak! - krzyknęłam i rzuciłam jej się w ramiona. Vicki ścisnęła mnie bardzo mocno, jak to ona.
- Nie mogę uwierzyć, że to ty! - odsunęła mnie trochę od siebie, żeby przyjrzeć mi się uważniej.
- I vice versa*! - krzyknęłam, odwracając się do tyłu. Joe! Wyłaniał się zza górki. Złapałam Victoria'ę za rękę i pociągnęłam do samochodu. Usiadła przerażona, a ja dodałam gazu. Victoria wyglądała na mega wystraszoną. A ja na... zrymujmy. Nieustraszoną.
- Kto to?! I czyj to samochód?! - wykrztusiła.
- Joe i jego! - krzyknęłam i przyśpieszyłam. Ja i Victoria przyjaźniłyśmy się od drugiej klasy podstawówki i do trzeciej klasy gimnazjum. Ale niestety, ja uczyłam się lepiej i rodzice posłali mnie do technikum w Londynie. Ona siedziała w Doncaster, poszła do liceum. Nie wiem skąd wzięła się w Londynie.
- Pewnie zastanawiasz się, skąd się tu wzięłam? - przy niej najlepiej jest nie myśleć. Nie wiem skąd, ale zawsze potrafi domyślić się, o czym myślę ja.
- Tak. - krótko, zwięźle i na temat.
- No bo, są wakacje i chciałam je spędzić w Londynie. Nie zapomniałam o tobie. - wytłumaczyła się.
- To świetnie! Spędzisz je w więzieniu, za kradzież! - odparłam zła na samą siebie.
- I vice versa*... - uniosła ręce i wywróciła oczyma, po chwili dodała:
- A dlaczego się z tobą przyjaźnię? - zapytała, podnosząc brwi do góry.
- Dlaczego? - zapytałam oczekując szybkiej odpowiedzi.
- Bo tylko ty dajesz mi codziennie takiego kopa i dzięki niemu mam codzienną dawkę energii, której nikt inny mi nie przyniesie. Wolę nudzić się z tobą, niż zabawiać w najlepsze z kimś innym. - wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się skromnie. Zahamowałam w jakimś mało odwiedzanym miejscu. I przytuliłam Victoria'ę.
- Kocham cię... - szepnęłam, nie wypuszczając jej z uścisku.
- Mam nadzieję, że nie w tym zboczonym znaczeniu tego słowa. - cały czas tuląc się do mnie, wypowiedziała donośnym tonem.
- Nie! Głuptas. - skarciłam ją, uderzając ją lekko w ramię.
- Wiesz tak w ogóle co mam w torbie? - zapytała, szczerząc się słodko.
- Pokazuj! - krzyknęłam, pocierając dłonie ich wewnętrzną stroną. Wyciągnęła jakiś duży album ze zdjęciami.
- Pamiętasz? - otworzyła album pokazując palcem na pierwsze zdjęcie.


- A jak mogłabym zapomnieć? Miałam gorzej, bo pokazywałam "o" i "e"! - krzyknęłam, szturchając ją ramieniem.
- Hahaha! - zaśmiała się i pokazała kolejne zdjęcie.


- A to? Byłyśmy na zakupach w Nowym Yorku! - krzyknęła, klaszcząc w ręce.
- Taa... Zaczepiłaś jakiegoś faceta, żeby nam zdjęcie zrobił. - uśmiechnęłam się i przewróciłam na kolejną stronę.


- Wyglądam jakbym miała czarne włosy! - powiedziała oburzona Victoria.
- Dlaczego się tak na mnie paczałaś*? - zapytałam robiąc zaciekawioną minę.
- Bo się tak wyginałaś na tej huśtawce, że myślałam, że spadniesz zaraz! - krzyknęła, przenosząc palec na mnie na fotografii.


- Dlaczego wyglądam na taką wysoką? Przecież jesteś ode mnie wyższa! - przyjrzałam się zdjęciu.
- Po pierwsze: byłaś bliżej aparatu i po drugie: stałaś na skale. -wyjaśniła.
- A, spoko. - powiedziałam i zamknęłam album. Ruszyłam samochodem. 
- [T.I], miałaś chłopaka przez czas, który się "nie przyjaźniłyśmy"? - nie chciałam odpowiadać jej na to pytanie, ale... to moja przyjaciółka.
- Tak... niestety. - odparłam, nie spoglądając na nią.
- Dlaczego? - zapytała, otwierając szerzej oczy.
- Bo... nie... nie mogę! - do oczu cisnęły mi się łzy, ale wiedziałam, że nie mogę płakać. Prowadzę, a jak płaczę, obraz mi się rozmazuje.
- Ej... [T.I]? Co się stało? - zapytała Vix, ciepłym, troskliwym głosem.
- B..bo... muszę zostawić gdzieś to gówno! - powiedziałam, miałam na myśli samochód.
- Dobrze... To może.. ym. Tam? - pokazała palcem na jakieś dość wysokie wzgórze, pod którym znajdywała się śliczna łąka. 
- Okej! - ostrożnie, aby nie uśmiercić mnie i mojej przyjaciółki, podjechałam do wzgórza. Victoria wzięła swoją brązową torbę i wysiadłyśmy. Ustałyśmy z tyłu samochodu. Uśmiechnęłam się do niej przez łzy, ona odwzajemniła uśmiech. Przyłożyłyśmy otwarte dłonie do tyłu samochodu. Spojrzałyśmy się na siebie i popchnęłyśmy samochód. Zaraz za samochodem, podbiegłyśmy do końca wzgórza i patrzyłyśmy jak auto spada. Gdy był blisko ziemi, zauważyłam jak Victoria zatyka palcami uszy i zamyka oczy. Uśmiechnęłam się i powtórzyłam jej zachowanie. Mimo zatknięcia palcami uszu, usłyszałam głośny huk. Victoria aż odskoczyła. W tym samym momencie otworzyłyśmy oczy i spojrzałyśmy w dół. Victoria przygryzła wargę i skierowała swój wzrok na mnie. Zaśmiałyśmy się. Dziewczyna podeszła bliżej mnie i złapała moją rękę. Biegła gdzieś, a ja za nią. Musiałam zdać się na jej intuicję. Nie odzywałyśmy się przez całą drogę. Zobaczyłam, że wchodzimy do jakiegoś starego, najwidoczniej opuszczonego budynku. Co ona chce ze mną zrobić?! Rozglądałam się uważnie po budynku. Victoria przystała, a ja wraz z nią. Zmachana usiadła na jednym z krzeseł.
- Mów. - ponagliła mnie.
- Jesteś głupia. Wystarczy? - zapytałam.
- O chłopaku! - krzyknęła, pocierając dłonią o dłoń.
- Yhh... Ma na imię Louis. - zaczęłam, biorąc głęboki oddech.
- Nazwisko? - zapytała o to, czego najbardziej nie powinna była słyszeć.
- Tom... - nie dokończyłam.
- Louis Tom? Brzydko... [T.I] Tom. Jeszcze gorzej! - przerwała mi, myśląc głośno.
- Tomlinson! - krzyknęłam, rysując literki w powietrzu.
- Y.. Co? - zapytała przerażona.
- No! - rzuciłam jej się w ramiona.
- Przecież on jest gwiazdą! [T.I] nie wymyślaj nie stworzonych bajek! Mów kto! - odparła.
- Wiem chyba, że jest gwiazdą, wiem, że uwielbia marchewki, że ma udawaną dziewczynę Eleanor Calder, że jego najlepszym przyjacielem jest Harry Styles, że od dzieciństwa gra na gitarze, ale nie lubi tego nikomu ujawniać, uwielbia śpiewać, wymyśla najlepsze teksty piosenek, lubi grać w piłkę nożną, mówi szybko, niewyraźnie i czasem niezrozumiale, często krzyczy, to mało powiedziane, drze się na cały głos, uwielbia nosić koszulki w paski i kolorowe spodnie, nie nosi skarpetek, jego przezwisko to Boo Bear... - mówiłam jak nakręcona, ale na szczęście Vicki zakryła mi dłonią usta.
- Dobrze... Wierzę ci. A..ale, czemu nie jesteś znana? - zapytała.
- Bo Lou mnie ukrywa! - krzyknęłam.
- A od kiedy się znacie? - zapytała ponownie.
- Od pierwszej klasy gimnazjum... - wykrztusiłam.
- C..co proszę?!  - wytrzeszczyła oczy.
- Louis nie chciał, żebym o nas coś mówiła. Przyjaźniliśmy się tylko. On ma teraz 22 lata, a ja 18. Bo ja wiem, jak patrzysz na przyjaźń ze starszymi chłopakami... Nie chciałam cię denerwować! - krzyknęłam, bojąc się reakcji mojej przyjaciółki. Ona spojrzała na mnie wzrokiem pełnym żalu i wyszła trzaskając, biednymi, ledwo trzymającymi się drzwiami. Z oczu wypłynęły mi łzy.


 I make believe
That you are here
It’s the only way
I see clear
What have I done
You seem to move on easy

    Spłynęłam po drzwiach. Dałam upust emocjom. Jednym ruchem ręki podarłam rękaw bluzki. Wszystko... wszystko się wali. Straciłam dwie najważniejsze osoby w moim życiu. Louis'a i Victoria'ę. Dlaczego nigdy nie mogłam mieć życia zwyczajnej nastolatki?! Za co? Za co Bóg mnie do jasnej cholery ukarał? Za co?... Przecież zawsze miałam same szóstki i piątki, byłam najlepszą uczennicą, słuchałam rodziców, byłam dla nich dobra, pomagałam innym... Czy może nie słuchałam na lekcjach, jak katechetka mówiła jacy ludzie idą do nieba? Słuchałam! I próbowałam zrobić wszystko żeby Bóg mnie pokochał! Codziennie modliłam się, co niedzielę i w święta chodziłam do kościoła! Ale nie... Bóg wolał mnie ukarać... Dlaczego życie jest takie trudne?!


    Wyszłam z budynku i udałam się w stronę... Nie wiem. Nie znam tej okolicy. Szłam przed siebie, nogi same mówiły mi gdzie mam się kierować. Szłam miastem. Chyba szłam w kółko, z Londynu wyjechałam, w Londynie się znalazłam. Z zamyśleń wyrwał mnie widok Louis'a. Odwróciłam się na pięcie, czułam jego wzrok na sobie, a za chwilę usłyszałam jak ktoś za mną biegnie. Chciałam znowu zacząć przed nim uciekać, ale przeszłam już ponad dziesięć kilometrów, więc... nogi bolały mnie okropnie. Poczułam ból w nadgarstku.
- [T.I]! Nie płacz, proszę! - wytarł łzy z mojej twarzy.
- Nie dotykaj mnie! - wykrzyczałam tak głośno, że chyba cały Londyn mnie usłyszał. Od razu, jak na zawołanie, zleciało się wokół nas pełno paparazzi.
- Nie krzycz. - powiedział stonowanym głosem.
- To zostaw mnie w spokoju! - krzyknęłam, a on jeszcze mocniej ścisnął mój nadgarstek.
- [T.I]! - krzyknął, poddenerwowany. Spojrzałam na niego i rozpłakałam się jeszcze bardziej.
- Nienawidzę się! - powiedziałam głośno, przez zaciśnięte zęby. Mimo mojemu zdziwieniu, puścił mnie.

~ Oczami Louis'a~

Stałem, płakałem i patrzyłem jak odchodzi. Biegła, nie oglądając się. Kilku paparazzo pobiegło za nią, kilku zostało ze mną. Zaczęli podchodzić do mnie, zadawać różnego typu pytania, ale ja ich olałem, w tej chwili miałem w dupie to, co pomyślą inni. I choć to miałoby zależeć od przyszłości mojego życia... to zepsułem je już [T.I], więc z moim niech się dzieje co chce. Zacząłem wyzywać fotoreporterów i pobiegłem do samochodu, w którym siedzieli chłopcy. Nie chcę z nikim gadać...

~ Oczami [T.I] ~

Niech szlag trafi to głupie paparazzo! Na szczęście zdążyłam ich już zgubić. Moje życie już się skończyło. Choć jeszcze niedawno, będąc z Victoria'ą, czułam, że jednak narodziłam się jeszcze raz. Czy to możliwe żeby człowiek przeżył tyle uczuć jednego dnia? Właśnie ja chyba pobiłam rekord Guinessa*. Wzięłam kawałek węgla, leżącego obok mojej stopy i zaczęłam pisać na wielkim kamieniu:

Przepraszam...
Przepraszam Victoria'ę, która musiała
przeżyć tyle lat
z taką wariatką jak ja,
Louis'a,
który starał się dać
mi wszystko potrzebne
do życia.
I Rodziców,
którzy obdarzyli mnie mądrością,
a zarazem głupotą.
Tak... Jestem, w tej chwili
pewnie byłam
idiotką...
Kocham Was...
Wasza [T.I] <3

    Zobaczyłam Victoria'ę i Louis'a biegnących w moją stronę. Szybko ustałam tyłem do przepaści i zaczęłam przypominać sobie moje najszczęśliwsze chwile. Tak, były takie... Victoria płakała, a Louis... Louis patrzał na mnie i stał jak wryty w ziemię. Po policzkach płynęły wolno łzy. Jedna... druga.. trzecia i całe stado łez. Ja zrobiłam to samo.



    Victoria próbowała dostać się za furtkę, ale jej się nie udało. I dobrze... Chciałam umrzeć. 


    Poczułam jak moje stopy odrywają się od ziemi. I że nie ma już nic. Ale... Po co ja to robię?! Przecież Victoria płaczę, Louis także! Mam dla kogo żyć! Czasu nie cofnę... Uśmiechnęłam się lekko i uderzyłam o zimny chodnik. Poczułam ból przeszywający całe moje ciało. Poddałam się. Żegnajcie...

 I may have made it rain
Please forgive me
My weakness caused you pain
And this song’s my sorry

vice versa* - nawzajem
paczałaś* - patrzyłaś
księga rekordów Guinessa* - informator wydawany corocznie przez firmę Guiness, zawierający udokumentowane rekordy świata, zarówno naturalne, jak i osiągnięte przez ludzi.

Heloł <33 Przybywam ze smutaśnym imaginem :D I taka mała informacja:
4 komentarze pod postem "Twilight cz.I Liam ♥" = następna część tego imagina ;)
Pa! A raczej, do napisania! ♥ Kocham was ♥

środa, 22 stycznia 2014

Twilight cz.I Liam ♥

Łapajcie imagina, który wymyśliłam na przyrodzie :D

- Ale Ojcze! - krzyknęłam wyrywając swój nadgarstek
z Jego dłoni. Byłam bardzo zbulwersowaną nastolatką.
- Żadne "ale" młoda damo. Uspokój się, tam gdzie zaraz
trafisz musisz być bardzo spokojna. - odrzekł miłym,
a zarazem spokojnym głosem Ojciec nas wszystkich.
- Yhh... - westchnęłam.
~[>○<]~
"Skąd ja się tu wzięłam?" - pomyślałam siadając
na jednej ze skał. Głośno wypuściłam powietrze
i z powrotem ustałam. Robiłam tak przez najbliższe
pięć minut. Nudziło mi się okropnie...
Rozbolały mnie nogi, więc złapałam się jakiejś liny.
Liny, która się poruszyła. Tak, ta lina okazała się
być wężem! Gwałtownie puściłam się "liny" i uciekłam
jak najdalej od tamtego miejsca. Nie wiedziałam co
robić, więc weszłam na drzewo. Ułożyłam się na
nim najwygodniej jak potrafiłam i zamknęłam oczy.
Zasnęłam. 
Obudziłam się o... a no tak. O której? Nie wiem.
Było ciemno na... dworzu? Nazwijmy to dworem, 
podwórkiem. "Trudno, zwiedzę okolicę, może coś
zbuduję?" - zapytałam się w myślach i wzruszyłam
ramionami. Mimo tego, że jestem buntowniczką
to jestem bardzo kreatywną dziewczyną.
Leniwą, ale kreatywną. Gdy mam do czegoś
wielki zapał, to przestaję być leniwa. 
Ruszyłam przed siebie z zamiarem
znalezienia jakiejś przydatnej rzeczy. Może coś
znajdę, choć jak na razie widzę tu same... gałęzie,
liście, drzewa? Tak, tylko to. Ale no cóż, 
artysta z niczego potrafi zrobić coś.
Zerwałam kilka najwytrzymalszych gałęzi
(sprawdzone były na mojej nodze, ałć, boli...)
i najpiękniejszych liści. 
Ustałam na końcu wzgórza, na którym
najwidoczniej właśnie się znajdowałam.
Moje włosy powiewały lekko na wietrze,
moje źrenice powiększyły się widząc piękny,
kolorowy krajobraz. Teraz obchodziło mnie tylko
dojście na te wspaniałe miejsce. Okręciłam się
wokół własnej osi. Nie było żadnych schodków, 
czy czegoś podobnego. 
"Zaryzykuję" - pomyślałam i zrobiłam to
co miałam na myśli, a mianowicie
zejście na dół. Bez żadnego zabezpieczenia
i tego typu rzeczy. Zdana na siebie i...
naturę, która czasem potrafi być okrutna.
Pierwszy krok, drugi, trzeci... przy czwartym
poległam...
Zjechałam na dół. 
Zaś wylądowałam na mięciutkich kwiatkach,
które już od dziś uwielbiam!
Widoki stąd były jeszcze ładniejsze.
Podniosłam się z ziemi i na moich ustach pojawił
się ogromny uśmiech. Rozejrzałam się dookoła. 
Marzenie... Jestem we własnym marzeniu.
"Dziękuję Ojcze!" - powiedziałam w myślach
i powąchałam kwiaty. Może i nie był to zapach
najwybitniejszy, ale i tak go kochałam. Bo
właśnie tak pachną kwiaty.
- Dziękuję...
Szepnęłam i położyłam się na trawie.
Błądziłam dłońmi po ciemnoróżowych kwiatach.
Ułożyłam się wygodnie i zaczęłam myśleć.
A o czym? Otóż odpowiedź jest taka:
O przyszłości.
Będę ciągle sama?...
W sumie lepsze to niż być z kimś strasznie niemiłym.
Ale to nie ma znaczenia. Jestem w drugim raju.
Pierwszy jest w niebie.
Znowu zamknęłam oczy, tylko tym
razem bez nerwów. I zasnęłam.
~[>○<]~
Obudziłam się. Coś przysłaniało mi słońce.
Usiadłam, ale szybko zerwałam się na równe
nogi. Zaczęłam biec, uciekać, ale ON biegł
za mną. Może nie aż takim szybkim tempie jak ja,
ale biegł.
Nagle przewróciłam się, a dokładniej, 
potknęłam o gałęzie, wcześniej zebrane
przez samą siebie. Super!
Zanim się podniosłam, ON zdążył do mnie podbiec.
Ukucnął i zapytał:
-  Nic Ci nie jest?
- Nie... Odejdź proszę. -rzuciłam
opryskliwie.
- Ale...
- Żadne "ale". Idź. - kopnęłam
go w rękę, moją zdrowszą nogą.
- Co Ci to da? Przecież po za nami nie ma tu
żadnej żywej duszy, oprócz zwierząt oczywiście. - odparł
i uniósł brwi ku górze, wzruszając ramionami.
- No dobra... - po za tym, że byłam strasznie zbulwersowaną
nastolatką, to byłam jeszcze uparta jak osioł, więc godzenie
się na współpracę z nieznajomym było dziwne.
- To chodź.. - złapał mnie za rękę. Zaczęliśmy ze 
sobą rozmawiać, nie puszczając swoich
dłoni. Myślę, że polubiłam Liama, i on
mnie również.
Oł je! :D Gotowe! Krótkie, ale gotowe. Myślę, że się spodoba :) Dziękuję wam za miłe komentarze <3 Kocham was! ♥ I obiecuję, że następna część będzie dłuższa :) A właśnie... U kogo ferie się już zaczęły? U mnie dopiero 3 lutego ;33 Pa, pa ♥

wtorek, 7 stycznia 2014

Hazza, nieśmiałość. ^^

 7 lipca 2010r.

     Czemu? Dlaczego ja wciąż patrzę na niego z ukrycia? Czemu nie potrafię się do niego odezwać? Czy to przez tę cholerną nieśmiałość, czy przez własną głupotę? Może to coś jeszcze innego? Nie ważne co to jest, ważne jest to, że zżera mnie od środka. Chcę, ale nie potrafię. Pragnę powiedzieć mu co czuję, i niech pomyśli sobie o mnie co żywnie mu się podoba. Może to Bóg nie chce złączyć mnie z nim? Może wtedy stało by się coś złego? Nie wiem, ale wiem, że mogę umierać przy jego boku, bo go kocham... Tak po prostu. Na co czekam? Na to, że nagle on spadnie mi z nieba, pocałuje i powie:"Kocham cię [T.I]!"? Tak, właśnie na to. Ale [T.I], my nie żyjemy w czasach magii, tylko technologii. Czuję się jak ptaszek w klatce, który ma otwartą klatkę, ale nie może wyjść, bo klatki pilnuje kot. Każdy powiedziałby:"Masz czas, nie rozpaczaj", ale właśnie problem tkwi w tym, że ja tego czasu nie mam. Harry wyjeżdża za trzy dni, ma wrócić dopiero za kilka lat. A za kilka lat, nie będzie pamiętał mnie, i jeszcze raz mnie... Gdy kilka miesięcy temu (gdy Bogowie jeszcze nie interweniowali w moje życie) zapytałam Harry'ego:"Harry, po co jedziesz?" odpowiedział:"A co mnie tu trzyma?", ja powiedziałam wtedy:"Nic.", bo jeszcze nie wiedziałam, że ja go tu trzymam, tylko i wyłącznie ja... Jeśli wtedy bym kochała go tak jak teraz to.... nie, chwila. Gdybym go tak kochała, to na pewno nie wyjeżdżałby, bo ja bym mu nie pozwoliła, ale niestety za błędy trzeba odpowiadać. Tylko czemu ja popełniam ich tak wiele? Nie wiem, nie wiem. Z rozmyśleń wyrwał mnie dzwonek do drzwi.
- Słucham? - w drzwiach pojawił się listonosz.
- Dzień dobry, pani [T.I i N] jak mniemam? - zapytał wręczając mi bukiet pięknych kwiatów.
- Dobrze pan "mniema". - zwinnie jakże dostojnie odebrałam kwiaty.
- Dziękuję, to wszystko, miłego dnia życzę! - pożegnał się, wychodząc z progu mojego domu. Od kogo ja dostałam te kwiaty? Chyba pierwszy raz w życiu dostałam kwiaty, może tata przywiózł? Może to dla mamy? Na razie wolę się nie cieszyć. Obszukałam kwiaty z każdej strony, szukając jakiejś karteczki. Nie było, więc wsadziłam je do wazonu napełnionego wodą. Ubrałam się trochę grubiej i poszłam do sklepu kupić zawartość do lodówki, która jest bardzo szybko przeze mnie opróżniana. W sklepie zobaczyłam Harry'ego, o mały włos i upuściłabym koszyk z produktami, które chcę kupić. Stałam na środku sklepu, jak taki cymbał patrząc na Harry'ego. Ludzie mnie wymijali, przeklinając pod nosem. Aż do momentu, gdy mnie zobaczył. Uśmiechnął się do mnie, o Jezu! On ma najpiękniejszy uśmiech na całym świecie!

 Też chcę takie zęby :33 Dobra, czytaj dalej :D
Zatonęłam się w jego oczach. Podszedł do mnie i pomachał mi ręką przed oczami.
- [T.I], żyjesz? - zapytał, a jego uśmiech cały czas nie znikał z jego ust.
- T..tak. Żyję. - ocknęłam się.
- To dobrze, bo chyba umarłbym z tęsknoty gdybyś umarła. - zaśmiał się. Cz..czy on powiedział, że umarłby z tęsknoty za mną? Serio? No tego to bym się po nim najmniej spodziewała.
- Naprawdę? Ja umrę z tęsknoty jak wyjedziesz... - ostatnie zdanie powiedziałam cichutko.
-Tak, naprawdę. A co? - zapytał, nie wiedziałam co odpowiedzieć.
- Nie... nic. Zdziwiłam się. - powiedziałam prosto i zwięźle.
- Dlaczego? Nie mógłbym się stęsknić za koleżanką? - no tak. Tęskniłby za mną jak za KOLEŻANKĄ. No tak, to oczywiste.
- Mógłbyś, tak samo jak ja mogłabym się stęsknić za kolegą. - właśnie wypowiedziałam nieprzemyślane słowa. Co ja do jasnej cholery wyprawiam?!
- Będziesz tęskniła jak wyjadę? - zapytał, a dokładniej "walnął prosto z mostu".
- Nie. - powiedziałam:"Nie.", choć na myśli miałam:"Tak".
- Spoko. Pomóc coś ponieść? - zapytał, a na jego twarzy uśmiechu było brak.
- Nie dzięki. - jak zwykle, powiedziałam:"Nie", a chciałam:"Tak, tak, tak, weź to, tamto i jeszcze tamto!". 
- To ja już pójdę, do zob...raczej żegnaj [T.I]. - nie odwrócił się już więcej razy. Wyszedł od razu. To po co on w ogóle do sklepu przyszedł? Może mnie śledził? Taaa, nie wiem po co. Poszłam do kasy, zapłaciłam za zakupy i wróciłam do domu. Wypełniłam lodówkę i zaczęłam jeść to co najlepsze, więc wzięłam żelki. Wygodnie rozsiadłam się na kanapie. Włączyłam telewizor i zajadałam żelki. Gdzie on tak w ogóle wyjeżdża? Mogłam zapytać, ale przecież zapomniałam jaka jestem głupia... Powiedział:"Żegnaj [T.I]...", nie wróci już. Co ja zrobiłam? Teraz sama będę musiała mieszkać w tym głupim Holmes Chapel... Bez niego, ja chyba umrę. Czuję się jak bym była na pustyni, on jest wodą, ale wsiąkł w piasek i nie mam niczego. Czyli droga bez wyjścia. Fajnie...


11 lipca 2010r.

    Nie ma go. Wiem, że już teraz nawet jeśli przeszukam całe Holmes Chapel, to i tak go nie znajdę.
A wszystko przeze mnie. Przez moją nieśmiałość. Nie mówię tego co czuję, tylko to co uważam za słuszne. Tylko problem tkwi w tym, że nie rozważam tego co słuszne, a co słusznym nie jest. Czasem palnę coś naprawdę głupiego. Jestem do bani. Pamiętam jakby to było wczoraj...


Ubrana byłam w sukienkę koloru blado-różowego, na szyi przewiązaną miałam czarno-czerwoną arafatkę, którą kazała założyć mi moja mama. Na małych stopach miałam trampki. Nie żadne converse, zwykłe trampki. Kasę na ubrania zbierałam sama, więc wolałam kupić sobie więcej ubrań, niż tylko firmowe buty. Choć naprawdę marzyły mi się białe converse. Na włosach miałam wianek zrobiony ze stokrotek. Kochałam kwiaty. Jak można ich nie kochać, kolorowe, stworzone przez naturę. A ja uwielbiałam przyrodę. Miałam mało kasy, nie byłam bogata. Już od razu widać było to po moim skromnym ubiorze. Czasem tylko do szkoły założyłam jakieś lepsze ubrania, żeby koleżanki i koledzy zwrócili na mnie jakąś szczególniejszą uwagę. Szłam właśnie na łąkę, pozrywać kwiaty, ale zatrzymał mnie widok płaczącego kolegi, ze szkoły, nigdy nie znałam go jakoś bliżej. Wiedziałam, że ma na imię Harry, nazwisko Styles? Chyba Styles. Wołali na niego Hazza. Ja ani razu nie odezwałam się do niego, wydawał mi się być dziwny. W sumie nigdy nie oceniałam nikogo po wyglądzie, ale jeśli się mu tak przypatrzeć... Wyglądał tak jakoś.... sama nie wiem. Wróćmy do sytuacji. Podeszłam do niego. Nawet nie raczył na mnie spojrzeć. Gdy próbowałam się do niego odezwać, mówił żebym poszła.
- Harry, tak? - zapytałam, bo nie byłam pewna co do jego imienia.
- Nie kurwa, Elvis. - odpowiedział wulgarnie.
- Czyli Harry? - zapytałam ponownie.
- No raczej? Jakaś głupia czy coś jesteś? - spytał, nawet nie podnosząc wzroku wbitego w ziemie.
- Coś. I proszę cię, nie obrażaj mnie. - grzecznie odezwałam się do chłopaka.
- Cicho bądź! Nie chcę z tobą gadać! Idź stąd! - krzyknął.
- Dobra. Pójdę jak mnie nie chcesz. - zaczęłam iść przed siebie, nie to nie.
- Zostań. Proszę. - ostatnie słowo powiedział prawie niedosłyszalnie.
- Dobra, no niech ci będzie, ale nie wyzywaj mnie następnym razem. Ok? - zapytałam.
- Ok. Usiądź. - pokazał miejsce obok.
- Dobrze. Gadaj co się stało. - usiadłam tak, jak to na damę przystało, z gracją.
- No bo... Ale nie, to głupie... - nie chciał powiedzieć co się stało.
- No co? Powiedz, nie będę się śmiała, najwyżej płakała. - odparłam dla otuchy.
- Płakała ze śmiechu? - spojrzał na mnie i się zaśmiał.
- Nie, głupku. - pstryknęłam go w nos i się zaśmiałam.
- Dziewczyna ze mną zerwała, a ja z nią chodziłem aż cztery miesiące! - złapał się za głowę.
- I o to to wszystko? - zapytałam, lekko się śmiejąc.
- Ej.. Mówiłaś, że nie będziesz się śmiała! - skarcił mnie.
- Oj, to przepraszam. -wywróciłam oczami, po czym dodałam:
- Już nie będę.
- To dobrze. No bo kiedyś się przyjaźniliśmy, i wiesz. - nie dokończył.
- Nie wiem. - zachichotałam.
- No i zakochaliśmy się w sobie... - powiedział oburzony.
- To fajnie, ja już muszę iść. To pa Harry! - powiedziałam na odchodnym.
- Pa... - nie dokończył.
- [T.I] jestem! - krzyknęłam, reszty już nie usłyszałam.
Później widywałam go tylko w szkole, nigdy nie powiedział mi "cześć", nawet nie chciał na mnie spojrzeć. Tylko kiedyś spotkaliśmy się raz, wtedy zapytałam go po co wyjeżdża. Później się w nim zakochałam. Zaczął trochę częściej na mnie patrzeć, ale to i tak nic wielkiego.

 
Chciałabym przeżyć ten moment jeszcze raz. Pstryknąć go w nos i czuć się tak obojętnie, jak czułam się wtedy. To tak się poznaliśmy, nie w szkole, nie poprzez przyjaciół. Tylko ja i on. Rozmawialiśmy, nie myśleliśmy o przyszłości, która ciągle nadchodzi. Teraz jestem w przyszłości, sekundę temu była to przyszłość. Teraz ta sekunda jest przeszłością. Dlaczego wtedy nie mogłam jej przewidzieć. Tej sekundy, w której myślę o nim, o nas, o przeszłości. Bo wtedy nie liczyło się to, czy go poznam, czy go polubię, czy go pokocham. Wtedy był obok mnie, rozmawiał ze mną. I tak sobie pomyśleć, że to co teraz jest dla mnie marzeniem, spełniło się już kiedyś. Nie do wiary, że to co kiedyś było dla nas codziennością, co było nudne,męczące i denerwujące, jest teraz naszym marzeniem. Chcemy cofnąć czas, ale pamiętać teraźniejszość. Na dzień dzisiejszy pozostają tylko wspomnienia... Chwile, jakich ich mało. Co ja tu teraz się w jakiegoś poetę zamieniam. Jestem przecież tylko zwyczajną nastolatką, jedzącą żelki w salonie na kanapie, i oglądającą jakieś seriale, które i tak mnie nie obchodzą. Gdzie on teraz może być? Może pracę znalazł? W wieku 16-stu lat? Nie wydaje mi się, że chciałby pracować. W sumie, ja go nie znam, co tam mogę o nim mówić, mogę powiedzieć tylko to, że nazywa się Harry Edward Styles, jest zabójczo przystojny, zabawny, fajny i lubi kotki... Tylko tyle, a i tak już chcę wychodzić za niego za mąż. Więcej dowiedziałabym się po ślubie. Będę kochała go bezwarunkowo, zrobię wszystko. Więc, [T.I] nie poddawaj się znajdziesz Harry'ego. Zaczęłam od pytania jego znajomych. Poszłam do jego najbliższych znajomych.
- Hej, nie wiecie co z Harry'm? - zapytałam podchodząc do kolegi Harry'ego, nie znałam imienia żadnego z nich, więc nie chciałam odnosić się do nich jakoś po nazwiskach, czy coś w tym stylu.
- A co? W Hazzie się zabujałaś? - zapytał jeden z nich, przygryzając dolną wargę.
- Nie... To jak? Powiecie mi coś? - podeszłam do nich bliżej.
- Tak, zależy ile mi dasz? - powiedział następny.
- Nie dam ci nic! Chcesz gadać, czy mam iść? - zapytałam i już byłam na odchodnym.
- Idź... Jesteśmy zajęci. - powiedział jakiś gostek, którego i tak nie widziałam, odeszłam. Poszłam do domu, gdzie kiedyś mieszkał z rodzicami. Zapukałam, zadzwoniłam. Nie ma. Trudno... Poszukamy w internecie. Wróciłam do domu, by trochę poszperać w internecie. I co najlepsze, okazało się, że odcięli prąd. Co dalej? Skończyłam z szukaniem Harry'ego.

15 września 2011r.

Włączyłam telewizję. "Skakałam po kanałach" tu i tam. Nie wiedziałam już co robić. Włączyłam jakiś kanał z piosenkami, bo chciałam posprzątać trochę w domu, a przecież sprzątanie bez muzyki, to nie sprzątanie. Słuchałam znanych piosenek, nagle puścili coś, czego w życiu nie słyszałam. Podeszłam bliżej telewizora, by zobaczyć teledysk. Zobaczyłam coś, czego w ogóle się nie spodziewałam. Harry śpiewa?! Od kiedy? Z nim było jeszcze czterech jakiś przystojnych chłopaków, wyglądali na młodych. T..to znaczy, że Harry wyjechał nagrać płytę? Ja się w tej muzyce nie łapię... Nie kumam o co chodzi z tymi wszystkimi trasami i w ogóle... Nie no, przecież mam już neta, mogę zobaczyć co się tam dzieje. W wyszukiwarce wpisałam:"Harry Styles", wyświetliło mi się pełno jego zdjęć. M.in. zdjęcia z X-Factora. On był w X-Factorze? Już bardziej widziałam go jako pracownika w budce z lodami (lol) niż w X-Factorze! Mój Harry ma miliony fanek? Jezu... Teraz to już na pewno mnie nie chce. Przecież ma wokół siebie mioliony pięknych modelek, fanek, piosenkarek, tancerek itd... I miałby wybrać mnie? Nigdy! Po zobaczeniu informacji, gdzie teraz przebywają, że są w Londynie, szybko wyłączyłam laptop, założyłam płaszcz, buty, wzięłam klucze i bez zakluczania domu, wybiegłam z niego. Wsiadłam do pierwszej, lepszej taksówki, powiedziałam, że ma mnie zawieść do Londynu, i że jak mnie wysadzi, to mu zapłacę. Jechaliśmy tak długo, że zasnęłam, obudziłam się już niedaleko Londynu. Gdy byliśmy już w Londynie, zobaczyłam idącego Harry'ego. Na środku ulicy kazałam kierowcy się zatrzymać.
- Ogłupiałaś?! Nie mogę! Wysadzę cię w centrum! - wydarł się na mnie.
- Wiem co robię! Proszę natychmiast mnie tu wysadzić, bo sama wyjdę i nie zapłacę! - kierowca natychmiastowo się zatrzymał i pojechał szukać najbliższego parkingu. Wysiadając z taxi, wyglądałam jak bezdomna. Potargane włosy, nieumalowana, w niezapiętym płaszczu, niezawiązanych butach i w brudnym T-shirt'cie z napisem "Hug Me", podbiegłam do Harry'ego. Już jak miałam go dotknąć, zatrzymał mnie ochroniarz.
- Kim jesteś? - zapytał poważnym głosem.
- Pierdol się, ja chcę do Harry'ego! - krzyknęłam, zwinnie wymijając ochroniarza. Złapałam Harry'ego za bluzę i odwróciłam go w moją stronę. Gdy mnie zobaczył, nie dowierzał.
- Hej Harry... - zaczęłam, ale ochrona nie pozwoliła mi dokończyć, złapali mnie za ręce i już chcieli mnie odprowadzić, gdy Harry krzyknął:
- Nie, zostaw ją Jack! To moja... dziewczyna! - czy on nazwał mnie "swoją dziewczyną"?Jezu Nazaretański, umieram...
- Ach... Przepraszam. - powiedział zawstydzony.
- [T.I]? - zapytał Harry.
- Nie kurwa, Elvis. - zacytowałam jego słowa z przed lat.
- Pamiętasz jeszcze jak to mówiłem? - zapytał i pojawiły mu się łzy w oczach.
- Jak mogłabym zapomnieć? - szepnęłam i go pocałowałam.
- Kocham cię, [T.I]... Choć naprawdę mało o tobie wiem, i tak cię kocham... - szepnął mi to do ucha i niespodziewanie coś pociągnęło mnie za rękę.
- A kasa?! - zapytał, raczej krzyknął wkurzony taksówkarz.
- Już, chwila... O cholera... - poszperałam w kieszeniach, nie miałam ani grosza przy sobie.
- Co się stało? - podszedł wystraszony Harry.
- To taksówkarz, panie taksówkarzu, to Harry. Nie mam kasy. - ostatnie zdanie szepnęłam Harry'emu do ucha. On tylko się zaśmiał i wręczył pieniądze ochroniarzowi.
- Dziękuję, i do zobaczenia. - uśmiechnął się, widząc rulonik pieniędzy.
- Dlaczego "do zobaczenia"? - zapytałam.
- Bo twój chłoptaś dał mi o dwie stówki za dużo, do zobaczenia! - zaśmiał się i odszedł. Przytuliłam Harry'ego. Oczywiście wokół nas pojawiło się wielu paparazzi. Zaczęli robić nam zdjęcia. Teraz już nic mi nie przeszkadzało...

Szukam cię - a gdy cię widzę, udaję że cię nie widzę.
Kocham cię - a gdy cię spotkam, udaję że cię nie kocham.
Zginę przez ciebie - a zanim zginę, krzyknę że ginę przypadkiem...
~K. Przetwa-Tetmajer
 
Nie udał mi się... Piszcie w komentarzach, może porobiłam jakieś błędy, ale szybko starałam się pisać, bo w sumie pracowałam nad nim cały dzień (z dużymi przerwami oczywiście ;D). Chciałabym coś zadedykować unfaithful, ale to jest takie złe, że nie nadaje się na dedyka dla Ciebie kochana ;33 Postaram się dodawać więcej. Tylko proszę o trochę komentarzy na otuchę, wtedy chce mi się pisać, bo wiem że piszę to dla kogoś, nie dla siebie. Umówmy się tak:

Czytasz = Komentujesz ;)
5 komentarzy = następny imag, lub następna część imagina, w którym chcecie nexta  ❤️💋💘🆔